Czy edukować dla demokracji?

Publicystyka

Bruce Matsunaga / Flickr

Tekst autorstwa: Ewa Agata

W ostatnim czasie ma miejsce dyskusja w naszym kraju nad kształtem obecnej edukacji. Najczęściej pojawiają się zarzuty ze strony rodziców uczniów, dziennikarzy itd. dotyczące przeładowania programów szkolnych, nadmiernej i sztywnej dyscypliny. Proponuje się przy tym również w środowiskach nauczycielskich edukację nastawioną na kształcenie umiejętności praktycznych, kompetencji ułatwiających funkcjonowanie na rynku pracy. Pojawiają się też propozycje związane z indywidualnym podejściem do kształcenia uczniów tak, by łatwiej było kształtować osobiste drogi kariery zawodowej. Jednak prawie w ogóle nie pojawiają się głosy, które akcentowałyby także potrzebę kształcenia do bycia obywatelem w demokratycznym kraju.

Argumentem za edukacją wyraźniej zorientowaną na indywidualne predyspozycje i praktyczne umiejętności jest też konieczność przystosowywania się do coraz bardziej zmiennej rzeczywistości za sprawą rozwoju technologii informatycznych. Ta kwestia jest podnoszona przez wszystkie media, jednak nie pojawia się przy tym żadna wątpliwość, która mogłaby wskazywać na pewne zagrożenie wynikające z takiego biernego stosunku do wynalazków wdrażanych przez multikorporacje. A już dzisiaj wyniki badań (np. Raport Młodzi cyfrowi z 2019 r.) nad wpływem gier komputerowych i mediów społecznościowych na młodzież wskazują, że są to czynniki raczej negatywne w kontekście zdrowia psychicznego, samopoczucia itp. Co stanie się zatem, gdy rozwój technologii spowoduje dominację w naszym życiu tzw. sztucznej inteligencji, która pozbawi nas podmiotowości lub decyzyjności w pewnych obszarach? Czy brak kontroli społecznej i dyskusji nad wykorzystaniem technologii w życiu społeczeństw nie jest sprzeczny z demokracją? Czy szkoły i uczelnie nie powinny być miejscem, w którym uczniowie i studenci uczą się rozumieć procesy społeczne w konkretnym momencie historycznym i kontekście związanym z rozwojem cywilizacji materialnej?

W akcentowaniu autonomii ucznia i w dążeniu do wyzwolenia go z mechanizmów dyscypliny szkolnej jest zapewne żywotna koncepcja związana z dążeniem do większej swobody i koncentracji na indywidualności. Jednakże samo poskromienie kolektywnych nacisków wyzwalających konformizm może powodować, że alternatywą stanie się wyłącznie indywidualizm wzmacniający kulturowy konsumpcyjny egocentryzm. O ile nadmierna dyscyplina może tłamsić osobowość i indywidualność, to orientacja wyłącznie na jednostce wyzwolonej z kontekstów społecznych niesie ze sobą zagrożenia związane z pustką, alienacją, a także konsumpcyjnym modelem życia. Zatomizowani absolwenci szkół, u których nie wykształcono umiejętności myślenia w kategoriach spraw publicznych, oddadzą władzę decydowania o losach kraju czy regionu w ręce technokratów i wielkiego biznesu. Wielu ludzi w Polsce nie miałoby nic przeciwko temu, ale to jest prosta droga do poddania się mechanizmom związanym z oligarchizacją władzy.

W jaki sposób kwestie związane ze sprawami społecznymi, polityką i uczestnictwem w sferze publicznej mogłyby zaistnieć w polskiej edukacji? Czy za sprawą przedmiotów takich jak wiedza o społeczeństwie, w ramach których przekazuje się wiedzę teoretyczną na temat funkcjonowania państwa, Unii Europejskiej? Czy też inicjowania wydarzeń bardziej aktywizujących do działania jak uczestnictwo w różnych akcjach społecznych — charytatywnych i ekologicznych? Wprawdzie i wiedza o społeczeństwie i akcje aktywizujące są obecne w polskich szkołach, ale polska młodzież nadal nie jest podmiotem w przestrzeni publicznej. Aktywność w organizacjach pozarządowych jest bardzo niska w Polsce a w kategoriach wieku 18-24 najniższa, jak wynika z badań CBOS (37/2020). Młodzi ludzie w naszym kraju nie organizują się w ruchy społeczne zorientowane na kwestie socjalno-ekonomiczne, podczas gdy we Francji licealiści i studenci stanowią część ruchu żółtych kamizelek, w Grecji, Hiszpanii młodzi ludzie wykluczeni z rynku pracy uczestniczyli w ruchu oburzonych. Podczas zajęć z międzynarodowymi grupami studentów można dostrzec różnice w interpretowaniu rzeczywistości społecznej między tymi, którzy pochodzą zza granicy a Polakami. Krytycyzm wobec korporacji międzynarodowych, konsumpcjonizmu, kapitalizmu i wojen, orientacja na zmianę społeczną to postawy, które nie są obce młodym z Europy i innych części świata. Dzieje się tak za sprawą większego pluralizmu politycznego w przestrzeni publicznej, ale też dlatego, że przynajmniej na poziomie uczelni wyższych w wielu krajach wykłada się teorie krytyczne wobec status quo, uczy się myślenia krytycznego, analizuje się przekazy medialne w perspektywie demaskacyjnej. Na polskich uczelniach panuje konformizm i narracja nieodbiegająca dalece od tego, co głoszą korporacyjne media w sprawach społecznych i politycznych. A zatem przekonanie, że wolność i demokracja są tożsame ze społeczeństwem konsumpcyjnym, że demokracja to organizowanie wyborów raz na cztery lata i że Zachód jest zawsze pozytywny, a Wschód reprezentuje irracjonalne immanentne zło. Taki konsensus i brak dyskusji jest jednak zawsze symptomem deficytu demokracji, a przecież to ta idea jest dla nas ponoć tak ważna, bo legitymizuje naszą orientację w świecie.

Samir Amin, socjolog egipskiego pochodzenia przekonywał w swojej książce pt.: „Wirus liberalizmu”, że demokracja, idea, która pojawiła się w świecie nowożytnym wraz z Rewolucją Francuską, jest projektem niedokończonym. Zawsze bowiem klasy uprzywilejowane dążą do tego, żeby zatrzymać możliwość zmiany społecznej, która podważałaby ich uprzywilejowaną pozycję lub „co gorsza” samą koncepcję uprzywilejowania. Istnieją jednak okresy, w których demokracja przyjmuje formę zupełnie fasadową, bowiem pomimo instytucji wyborów obywatele/ki nie mają żadnego wpływu na rzeczywistość społeczną, a na dodatek jawi się ona jako bezalternatywna. Wydaje się, że obecnie mamy do czynienia z taką sytuacją w Europie, z czego zdaje sobie sprawę coraz więcej ludzi, ale niekoniecznie widzą to Polacy. Niezadowolenie społeczne w naszym kraju, jeśli się pojawia, dotyczy kontestacji konkretnych partii politycznych, ale nie systemu społeczno-ekonomicznego. Indywidualizacja i prywatyzacja doświadczenia społecznego wskazuje nam psychologizujące interpretacje dotyczące postępowania polityków. Nie widzimy, że podejmują oni decyzje wbrew społeczeństwu, dzięki naszej alienacji politycznej, nie rozpoznajemy nawet, że polityka fiskalna czy zagraniczna odbywa się w interesie wielkich koncernów z międzynarodowym kapitałem, a ten wcale nie troszczy się o jakość usług publicznych. Ta swoista ignorancja polityczna może się skończyć raczej źle, gdy po władzę sięgną otwarci wrogowie demokracji.

Problem ten dostrzegają intelektualiści reprezentujący orientację zwaną pedagogiką krytyczną. Podzielają oni perspektywę Samira Amina w kwestiach związanych z demokracją. Amerykańscy przedstawiciele tej orientacji pedagogicznej uważają, że celem edukacji powinna być świadomość i motywacja na rzecz zmiany społecznej. Jako radykalni zwolennicy demokracji uważają, że największym jej wrogiem jest wielki korporacyjny biznes i politycy zainteresowani podbojem świata i zapewnieniem wielkiemu kapitałowi zysków. Henry Giroux i Peter MacLaren analizują narracje i praktyki obecne w szkołach w USA i Kanadzie i dochodzą do wniosku, że ich rezultatem jest bezrefleksyjna akceptacja nierówności społecznych i orientacja na militaryzm oraz posiadanie pieniędzy jako dominującą wartość. Takie postawy jako efekt kształcenia stoją w sprzeczności z ideą postępu i demokracji, które upatrują w człowieku podmiot historii, istotę dążącą do ulepszania rzeczywistości społecznej i wartości humanistycznych. Myślę zatem, że warto się zastanowić również w kontekście dyskusji nad edukacją w Polsce, jakich efektów kształcenia oczekujemy. Czy szkoła ma kształcić jednostki, których podstawowym przeznaczeniem będzie bycie towarem na rynku pracy i biernym konsumentem bez poglądów i zainteresowań intelektualnych? Czy też chcemy nauczyć dzieci i młodzież myśleć, pokazać, że można nie ulegać presji trendów konsumpcyjnych oraz nastrojom rasistowskim i prowojennym?

Być może w kontekście plagi samobójstw wśród nastolatków należy sobie właśnie zadać pytanie, na ile szkoła stanowi zaporę dla wszechogarniającej samotności i narcystycznej rywalizacji w mediach społecznościowych. A może nawet powinniśmy zastanowić się, na ile szkoła stanowi alternatywę dla funkcjonowania w świecie ciągłej sprzedaży i kolekcjonowania lajków na Facebooku? Może powinniśmy zastanowić się, czy możliwa jest szkoła, który uczy demokracji w działaniu, pozwala uczniom na podejmowanie decyzji związanych z funkcjonowaniem w szkołach, ale i branie odpowiedzialności? Może powinniśmy rozmawiać o tym, jak przeciwdziałać dyskryminacji w szkołach ze względu na ubóstwo i środowisko, z którego uczeń pochodzi, o tym, jak uczyć dzieci szanować wszystkich ludzi, a także jak rozmawiać z nimi o przyczynach nierówności społecznych? Może w szkołach celem edukacji humanistycznej mogłoby być wykształcenie umiejętności postrzegania zjawisk z różnych, przeciwstawnych punktów widzenia, a także postrzegane procesów społecznych również w krytycznych kontekstach? Czy celem edukacji nie powinno być zatem wykształcenie obywatela/obywatelki, którzy analizują, angażują się w sprawy społeczne, organizują w różne struktury dla realizacji idei i pomysłów? W przeciwnym bowiem wypadku młodzi ludzie pozostaną biernymi odbiorcami medialnej i konsumpcyjnej propagandy, a demokracja zacznie zanikać, pozostaną tylko fasady.

EG

Podziel się swoją opinią!

Pamiętaj o tym, by zachować się kulturalnie dyskutując z innymi czytelnikami.


0 Komentarzy

Bądź pierwszy! Zostaw swój komentarz pod tym artykułem.