Kto nie chce wojny?

Publicystyka

Na zdjęciu widać zniszczone budynki mieszkalne na Ukrainie

European Union, 2023 , fot. Oleksandr Rakushnyak

Tekst autorstwa: Radosław Czarnecki

W dzisiejszym świecie obserwujemy narastający kryzys, który ma wielowarstwowy i wieloaspektowy charakter. Jest on głównie związany z wyczerpaniem możliwości rozwoju przez system, który powstał po upadku Muru Berlińskiego. Ten system, powielając w pewien sposób model z lat 1945-91, nie tylko wprowadził polityczny, społeczny, i kulturowy (jak się wydawało) wzorzec, przyciągający ludzi z innych kontynentów. Stał się także gospodarczym modelem narzucanym reszcie świata siłą.

Neoliberalna wersja globalizacji zakładała, że obszary oddziaływania Zachodu, zwane peryferiami, miały stać się zapleczem dostarczającym surowców i siły roboczej. Jednak peryferie zbuntowały się, prowadząc do dwudziestoletniego starcia między zachodnim centrum a obszarami poza zachodem.

I peryferie się zbuntowały. Trwa od dwóch dekad starcie zachodniego centrum i poza zachodnich obszarów. Przejawia się on w szeregu konfliktów na obrzeżach Zachodu, poczynając – symbolicznie – od ataku na WTC 11.09.2001. Choć wojny w byłej Jugosławii można też traktować jak preludium do takich sytuacji. Jednym z dogmatów mających utrzymywać dominację Zachodu nad peryferiami była zasada niezmienności granic. Byłoby to pozytywnym aspektem stabilizacyjnym, gdyby Zachód sam się do tych kanonów stosował.

Hipokryzja zachodu

Przykłady Kosowa, a także podział Sudanu i Etiopii są tu znamienne. Kolosalne pokłady hipokryzji, które były zawsze immanencją polityki jako takiej, dziś w konfrontacji z narracją prowadzoną przez rządzących wszech obecnie liberałów głoszących z globalnych ambon medialnych niewzruszoną wyższość swych wartości i rozwiązań systemowych, nabrały dodatkowego wymiaru. Przy okazji swoimi licznym interwencjami w imię „zaprowadzania demokracji” czy zmiany poprzez jawne przewroty bądź „spontaniczne kolorowe rewolucje”.

Kolorowe rewolucje — inspirowane finansowo i organizacyjnie z Nowego Jorku, Waszyngtonu, Paryża, Londynu czy Warszawy, jak to miało miejsce w przypadku Białorusi, zaprowadzają jedynie chaos, niepokoje społeczne, dramatyczne obniżenie jakości życia miejscowej ludności i niczym nieograniczone carstwo zachodnich korporacji.

Wracając do podniesionej sprawy niezmienności granic. Dlaczego ma to być niepodważalny dogmat, gdy nawet w samej Europie, pod bokiem starającej się stać na straży tego paradygmatu Brukseli i Waszyngtonu, nastąpiła kilkakrotna ich zmiana?

Bo jeśli Jałta i Poczdam, które były jednymi z podmiotów i podstaw takiego myślenia o podziale Europy czy świata już nie istnieją, a ich ustalenia podważa się publicznie jako coś szkodliwego dla Starego Kontynentu, to winno się o nich mówić wyłącznie źle? Zapominając, iż dzięki tym układom Europa przeżyła prawie pół wieku w pokoju, co w jej historii się nie zdarzało często.

Współczesna perspektywa

Dziś jak widzimy duch militaryzmu i rewanżyzmu ogarnął, niczym w latach 30. XX wieku, rządzące elity, które kreują się na liberalne, światłe i postępowe. Atakują bezpośrednio ze swych wysokich, autorytatywnych łże-liberalnych ambon wszystkich, sprzeciwiających się popychaniu Europy do wojny.

Usłużne media i pozostający na smyczy kapitału funkcjonariusze medialni sterują i nadają ton hejtowi wobec takich ludzi i środowisk. Ma to miejsce zarówno w mainstreamowych mediach, jak i w sieci. Wzbiera atmosfera linczu wobec pacyfistycznie, propokojowo, antymilitarystycznie, niechcących ginąć za interesy hiperkapitału i bankierów, ludzi, środowisk, narodów.

Wydawało się, że wraz z końcem zimnej wojny i po doświadczeniach XX wieku europejskie elity zmądrzały. Jednakże patrząc i słysząc, co one dziś tworzą, jak się zachowują i ku czemu steruje polityka Zachodu, nasuwa się jednoznacznie sentencja Seneki mówiąca słusznie: „Dowodem prawości jest to, co nie podoba się złym”. A dążenie do wojny jest czymś niesłychanie złym, głupim, nikczemnym.

I dlatego chwała nielicznym politykom, którzy odważyli się w ostatnich dniach publicznie przeciwstawić się i obnażyć intencje tych „jeźdźców Apokalipsy” z Brukseli, Paryża, Berlina, Londynu i Warszawy. Przede wszystkim premierowi Słowacji Robertowi Fico, który jako pierwszy oznajmił opinii publicznej w swoim kraju, ale i całej Europie, o knowaniach i pomysłach paryskiego spotkania polityków unijnych. Wykazał się niebywałą w dzisiejszych upadłych etycznie czasach odwagą i uczciwością. Właśnie wobec swych słowackich, wyborców, ale i wobec mieszkańców Europy.

Wiktor Orban opowie się przeciwko wysłaniu węgierskich żołnierzy na Ukrainę, było oczywiste (wyjawił to po spotkaniu tzw. Grupy Wyszehradzkiej). A pikantne szczegóły, o roli wyjątkowych jastrzębi prowojennych podczas paryskiego spotkania, wśród których brylować mieli polscy politycy, ujawnił premier Grecji Kiriakos Mitsotakis.

O Polsce i jej elitach może milczmy. Po raz kolejny tracą okazję, aby wykazać się umiarem, o czym kiedyś, gdy wyrywaliśmy się do wojowania u boku Jankesów w ich interesie w Iraku, przypomniał Jacques Chirac.

Na zakończenie warto przypomnieć film Micheala Moora pt. „Fahrenheit 9.11” gdzie przepytywani na okoliczność udziału swoich dzieci w agresji USA na Irak i czynnym uczestniczeniu w zaprowadzaniu tam jankeskiej demokracji, senatorzy amerykańscy wykazali się fantastyczną i znamienną jednomyślnością.

Tylko dziecko 1 na 100 senatora było wtedy żołnierzem US Army w Iraku. I to niech będzie podsumowaniem tych rozważań i oceną polityków, którzy dziś agitują i pchają nas do wojny, w której nie będzie zwycięzców, a nad europejskimi zgliszczami zapanują po-nuklearne ciemności.

Podziel się swoją opinią!

Pamiętaj o tym, by zachować się kulturalnie dyskutując z innymi czytelnikami.


0 Komentarzy

Bądź pierwszy! Zostaw swój komentarz pod tym artykułem.